Dogadaj się z dwulatkiem

Ooo, trudny temat. Dwulatek najczęściej niekoniecznie gada. Zwłaszcza chłopak. Dziewczynki rozwijają się szybciej jeśli chodzi o komunikację. Czyli szybciej mówią i tak dalej. Widzimy to na przykładzie córki znajomych. Jest trochę młodsza od Kociełły, a mówi o wiele lepiej od niego. Więc… jak się dogadać z dzieckiem, które niekoniecznie jeszcze umie mówić pełnymi zdaniami?

W skrócie: da się. Nie jest łatwo, ale na pewno się da. Wystarczy trochę się sprężyć w sobie i postarać się słuchać. Nie tylko uszami.

Jest taki stereotyp, że z dziećmi się nie dogadasz, dopóki nie wejdą na pewien poziom myślenia. Czyli skończą ileś lat. Ten stereotyp dotyczy zwłaszcza facetów, bo co zrobić z takim maluchem, który niekoniecznie gada. No co? O filozofii egzystencjalnej Kirkegaarda raczej z nim nie porozmawiasz.

Można za to pogadać inaczej o nieco ważniejszych rzeczach. Codzienności.

Nie tak dawno Kociełło wszedł w etap narracji. Brzmi mądrze, brzmi legitnie. Tylko sprowadza się do to tego, że nasz syn opowiada. Po swojemu. Ostatnio zapytany o to, żeby powtórzył „tata”, ten odrzucił „Papa. Nie ma.” i pokazał drzwi. Oznaczało to w dużym skrócie: „Tato zebrał się, pomachał i wyszedł tymi drzwiami”.

Z zewnątrz to brzmiało bez sensu. Niespełna dwuletnie dziecko powiedziało coś, co trudno zrozumieć. Ale jeśli się posłuchało tego, jak to powiedziało i co zrobiło – robił się z tego całkiem sensowny komunikat.

Ale ja nie o tym. Ja tu raczej o gadaniu i dogadywaniu się z dzieckiem.

Przede wszystkim – dużo mówimy do Kociełły. Od początku. Pamiętam, że kiedy jeszcze był na etapie dwutygodniowego przytulaka, to trzymałem go na kolanach i czytałem mu ostatnią książkę Naomi Klein. Gadałem do niego, chociaż w gruncie rzeczy czytałem na głos. Potem było noszenie i opowiadanie. Czasem miałem wrażenie, że zanudzam go, ale to właśnie wtedy oswajał się z głosem, brzmieniem słów.

Z czasem zauważyliśmy, że te słowa zaczynają coś znaczyć dla naszego dziecka. Zaczęło się od drobnych rzeczy, ale to wcale nie oznaczało, że to były drobne rzeczy dla niego. Na początku przygody naszego dziecka z komunikacją jego słownik ograniczał się do różnych rodzajów płaczu. Potem były pierwsze słowa i tu też wiele zależało od tonu głosu. Samo „mama” miało co najmniej trzy znaczenia (w zależności od długości środkowego „a”). To dało się wychwycić. I to była komunikacja.

Od kiedy Kociełło zrobił się mobilny, zaczął komunikować się też ruchami. Gdy coś go interesowało, chciał to robić. To był bardzo konkretny komunikat. Trzęsąca się ryba na sznurku była doskonałą zabawką i to na niej zaczął się samodzielnie podciągać. Czasem przez godzinę odciągałem sznurek, żeby mały kawałek plastiku trząsł się przez dwie sekundy. Mojemu synowi to się podobało, bo się śmiał. To był jego komunikat: super, rób tak dalej.

Jest coś takiego jak rozwój mowy u dzieci. Właśnie to obserwujemy u naszego syna. Początkowo to nie była mowa, którą rozumiemy my, dorośli. To były bardziej rzeczy niż słowa. Teraz, kiedy rozumiemy, o co chodzi w słowniku naszego syna, daje się z nim dogadać. Serio.

Tylko to oznacza, że on ten słownik skądś wziął. Nie ma „języka uniwersalnego” (wbrew temu, co mówią niektórzy; jakby nie patrzeć nauka od setek lat jakoś go nie znalazła, a jakoś jej wierzę bardziej), jest język, którego dzieci uczą się od nas. Dzieci po prostu powtarzają. Jakieś słowo im się spodoba, są w stanie je powtórzyć, rozumieją jego znaczenie (chociaż nie zawsze) i… już je znają. Tak to mniej więcej się odbywa.

To oznacza kilka rzeczy.

Przede wszystkim – dbałość o wymowę. Jako rodzice musimy pilnować tego jak mówimy. No wiesz, tak w miarę dbale. Niestety nasz syn urodził się dwojgu polonistów, więc no. Tak to. Czujemy pewną presję. Warto po prostu starać się mówić wyraźnie i w miarę poprawnie. Wtedy dziecku będzie łatwiej zrozumieć o co chodzi i jak to konkretne słowo brzmi.

Nie mniej ważne jest uważanie na to, co się mówi. Nie będę udawał, ale sporo klnę. Rzucenie nazwy najstarszego zawodu świata gdy poparzę się olejem można uznać za dopuszczalne, ale i na to trzeba czasem uważać. Tylko z przekleństwami jest tak, że są kulturowe. Motyla noga może być przekleństwem (według filmu Nie lubię poniedziałków), lub określeniem na odnóże motyla. Najstarszy zawód świata na ustach Polaka w Niemczech może powodować konsternację: co oni mają z tymi zakrętami? Tylko żyjemy, gdzie żyjemy i nie warto kląć przy dziecku. Po prostu. Dziecko słucha, dziecko patrzy, dziecko powtórzy. Chcesz, żeby rzucało wiązankami zanim nauczy się pięknego słowa trytytka?

Czyli jak się dogadać z dwulatkiem? Na piechotę ;). Ale najpierw warto do niego mówić. Dużo mówić. Pozwolić mu nazywać rzeczy po swojemu. Dla Kociełły wiertarka i mikser to dwie różne rzeczy, a różnica w tym, jak je nazywa jest bardzo subtelna. „Bzi” a „(w)zzzzzziiiiii”, chociaż brzmią podobnie, nie dotyczą tego samego. Oczywiście możemy go zmuszać do tego, żeby mówił „wiertarka” i „mikser”, ale wtedy pewnie nie mówiłby ani „bzi”, ani „wzi”. Czasem dziecka nie warto poprawiać. Niech mówi po swojemu. Z czasem nauczy się też po „ogólnemu”. Od takiego pozwalania zaczyna się całego to dogadywanie z dwulatkiem. Potem będzie tylko weselej ;).

Bartek Raducha

Dodaj komentarz