Każde dziecko jest inne

Porównuję swoje dzieci. Nie robię tego po to by wciskać je w jakąś tam skalę zachowań. Ba! Staram się nie robić tego przy nich. Robię to w swojej głowie, ponieważ nie mogę wyjść z podziwu. Czasami jest to tak silne odczucie, że oczy same wychodzą z orbit. Odnoszę wrażenie, że to jakie są, w niewielkim stopniu zależy od modelu wychowania jaki im serwujemy. Odnoszę wrażenie, że witając je po tej stronie brzucha, są już gotowym półproduktem, jeśli chodzi o charakter.

Często obserwując naszych znajomych i ich rodzeństwo, nie potrafimy zrozumieć jakim cudem, dzieci wychowane razem, w jednym domu, przez tych samych rodziców, są tak drastycznie różne? Często jak dwa przeciwległe bieguny. Zdarza nam się zrzucać to na karb bycia ulubieńcem jednego z rodziców lub tym ulubieńcem nie bycia. Zrzucamy to na otoczenie, w jakim wzrastają nasze dzieci np. inna szkoła, zmiana miejsca zamieszkania itp. Staram się traktować moje dzieci na równi. Ich potrzeby, emocje, zaspokajać sprawiedliwie, po równo. Doszłam w pewnym momencie do wniosku, że takie podejście może nie tylko nie pomagać, ale i zaszkodzić. Za chwilę okaże się, że sprawa rozbija się nie tylko w różnicach charakteru dzieci ale też o to, że charakter dziecka ewoluuje w najmniej spodziewanym kierunku.

 

Ona pierwsza

Tak właściwie to nie wiem, czy moją pierworodną, powinnam nazywać dzieckiem. Dzieci płaczą, bywają marudne, dość intensywnie reagują na słowo „nie”, złoszczą się, wymagają zaangażowania, nieustannej opieki i mogłabym tak wyliczać w nieskończoność.

Ona przyszła na świat z uśmiechem na twarzy. Przespała pierwsze pół roku swojego życia. O przesypianiu całych nocy od pierwszych dni życia nie muszę wspominać? Kiedy nie spała to uśmiechała się do ściany, lampy, cieni. Godzinami zajmowała grzechotką. Mając skończone dwa miesiące, trzymała sobie butelkę. Doskonale bawiła się w towarzystwie swoim, a jeszcze lepiej w grupie bobasów. Garnęła się do ludzi i wskakiwała na ręce, widząc ich pierwszy raz w życiu. Matka i ojciec wydawali się być zbędni. 😉 Pierwszego dnia w przedszkolu, kiedy przyszłam po nią po raz trzeci po 7 godzinach ( po 2 h i 5 h nie wyszła z sali) , rzuciła się na podłogę wijąc w spazmach i krzycząc ” mamooo, dlaczego Ty mi to robisz?! dlaczego mnie to spotyka?!”.

Jest pogodną dziewczynką lecz jak się okazało po kilku latach, niesamowicie emocjonalną. Wyrozumiała mądra sześciolatka nadal reaguje gorączką na dość dużą dawkę radosnych emocji. Kiedyś na słowo „nie” reagowała spokojnie i w sposób, którego mógłby pozazdrościć jej niejeden dorosły. Dziś to samo słowo, mimo długiej argumentacji, potrafi wywołać rozpacz jeśli połączymy to z przebodźcowaniem czy zmęczeniem.

 

On drugi

Synu. No miałam ci ja emocjonalne zderzenie z ciężarówką po narodzinach nosiciela nazwiska rodowego. Sen nie był w jego stylu. Jako niemowlak sypiał w ciągu dnia dwa razy po kwadransie. Wymagał nieustannego tulenia. To on nauczył mnie robić wszystko jedną ręką. Druga po pewnym czasie była tak wytrenowana noszeniem, że z powodzeniem dzierżyłam w niej dwie pięciolitrowe butelki z wodą. Nie dawał się chustować. Nie zasypiał w wózku na spacerze. Musiałam go wyjąć, wyhuśtać na rękach i włożyć ostrożnie do wózka. Pchając wózek ze śpiącym dzieckiem byłam spocona jak mysz, bo najmniejsze drgania go wybudzały.

W przeciwieństwie do siostry żywiącej się energią z kosmosu, On zjadał wszystko co na drzewo nie ucieknie. Czasami tak dziwnie na mnie spoglądał kiedy dałam mu za mało jedzenia… (I miałam wrażenie, że w jego oczach przybieram postać kotleta :)).

Był wstydliwym chłopcem, uciekał wzrokiem przed spojrzeniami innych osób, płakał, jęczał, stękał, marudził. Cała gama okazywania dyskomfortów mniejszych i większych. Pierwsze chwile kiedy mogłam odetchnąć na 10 minut, pojawiły się w czasie gdy zaczął samodzielnie zjadać posiłki. Nie trwały one długo ponieważ łamał zapowiedzi twórców BLW, że dzieci to się jedzeniem bawią zanim zaczynają faktycznie jeść. On nie tracił czasu. Jadł. Szybko. Bardzo szybko. W przedszkolu aklimatyzował się bardzo długo. Przez długi czas jeździłam po niego, wracałam do domu i po kolejnych kilku godzinach, jechałam po jego siostrę. Wpuścił nas w maliny z nauką chodzenia. Od 7 miesiąca życia dreptał za pomocą mebli. I trwało to bardzo długo. Aż któregoś dnia zobaczył, że tata z siostrą grają w piłkę w salonie. Wtedy uznał, że to czas na… chodzenie? Nie. Bieganie. Wstał bez podpórki i podbiegł do piłki kopiąc ją celnie i zachowując równowagę jakby robił to od zawsze. Wtedy zrozumiałam, że dzieci zaczynają robić pewne nowe rzeczy nie dlatego, że się ich nauczyły a dlatego, że znalazły w tych czynnościach sens i zastosowanie.

Dziś ten zahukany niegdyś chłopiec, to zawadiaka. Otwarty na inne dzieci i dorosłych. Przeszedł niesamowitą przedszkolną socjalizację co zaowocowało metamorfozą temperamentu. Teraz to On pociesza inne dzieci, zwłaszcza młodsze, tęskniące za mamą czy tłukące kolano. Tak jakby tylko On tak naprawdę rozumiał ich potrzeby bliskości i troski.

 

Ona trzecia

I tu znowu zaskoczenie wzięło górę mimo znajomości etapów rozwoju dziecka. Wydawałoby się, że doświadczyłam już dwóch skrajności i nic więcej mnie nie zaskoczy. Jakże się myliłam. Dziecko numer trzy okazuje się być istotą, przy której określenie „żywe srebro” blednie.

Jest temperamentna na wszystkie możliwe sposoby. Wejdzie wszędzie tam, gdzie starszemu rodzeństwu się nie udało. Biegnie przed siebie nie licząc się z nikim. Żyje w myśl powiedzenia „jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz”. Nie jestem w stanie skupić się na rozmowie z drugim człowiekiem, jeśli towarzyszy mi Ona. Jest jednocześnie otwarta i zamknięta. Przebiła brata w reakcjach na słowo „nie”. Jak to zwykle bywa u dzieci kolejnych, posiada już umiejętności, których jej brat i siostra nie posiedli w analogicznym czasie. Mając półtora roku nie pozwoliła się nawet sporadycznie nakarmić zupą za pomocą łyżki i ręki matki (matka desperatka czasami ma ochotę nie sprzątać pobojowiska i zakończyć posiłek bez konieczności malowania ścian). Rozładowuje zmywarkę, zanosi do kuchni nawet dwa ułożone na sobie talerze po posiłku. Jest szalona i właśnie uczy się liczyć do dziesięciu. Dwa lata skończy w czerwcu… Nie nadążam za nią. Nie mogę się doczekać by zobaczyć jaka będzie za rok, dwa trzy. Z pewnością będę wówczas zaskoczona.

Tak samo czy inaczej?

Wracając do traktowania dzieci na równi pod każdym względem. Nie widzę w tym sensu. Mają tak drastycznie różne potrzeby i różnią się nie tylko między sobą ale z roku na rok zmieniają się tak, że nie da się tutaj pójść jedną drogą. Gdybym tak postąpiła, wywołałabym deficyty, serwując przesyt jednocześnie. Mój Syn nie ma takiej potrzeby tulenia jak dziewczyny. Dla niego moja bliskość to wspólna zabawa w coś, co sam wymyśli.

Córka pierwsza potrzebuje tulenia, wielu rozmów, wyjaśnień i jeszcze raz tulenia. Córka numer trzy wymaga chwilowo głównie jedzenia, możliwości zabawy moimi włosami i uczestnictwa w tym co robię ze starszakami. Każde z nich w różnym wymiarze, formacie i wersji, potrzebuje mamy, taty, rodzeństwa, samotności lub czasu sam na sam z rodzicem. Nie pozostaje więc nic innego jak podążać za tym, w warunkach dość ekstremalnych, bo takie stwarza życie w naszym domu.

 

Maria Wu – Zawód : matka wielodzietna. Śmiertelną chorobę przenoszoną drogą płciową zwalcza uśmiechem, sarkazmem i żartem. W wolnych chwilach pisze bloga, tańczy, śpiewa, recytuje. Na pytanie – dlaczego ? odpowiada – dlaczego nie?!

Dodaj komentarz