Podróż w nieznane?

dziecko patrzy przez okno

Zamiłowanie do podróży odziedziczyłam po mamie. Dzieciństwo nauczyło mnie podróży za niewielkie pieniądze – jeździłam z mamą pociągami, pod namiot, do domów znajomych. Pamiętam dzień, gdy na wyjeździe do Gdańska mamie skończyły się pieniądze, miała już tylko kwotę odliczoną na bilety kolejowe, a my z siostrą, dwie kilkuletnie dziewczynki, chciałyśmy zostać nad morzem choć jeden dzień dłużej. Zeszłyśmy z mamą pod blok (nocowałyśmy w mieszkaniu cioci), zebrałyśmy owoce róży z pobliskich krzaków i mama usmażyła dżem, który zjadłyśmy na kolację z ryżem, bo tylko to zostało w szafce. Do domu wróciłyśmy dopiero kolejnego dnia. Innym razem, po przeprowadzce na drugi koniec Polski, mama zrobiła nam wycieczkę krajoznawczą po okolicy. Nocowałyśmy w domach pielgrzyma, a czasem u obcych ludzi w stodole na sianie.

Gdy opowiadałam te historie mężowi, robił wielkie oczy ze zdumienia. On, jedynak, wychowany w domu, w którym od zawsze był samochód i pewien standard życia (oczywiście nie szalejmy, maluch i dwa pokoje to jeszcze nie luksus) nie mógł zrozumieć, że tak się da. Że bez zaplanowanych trzech tygodni w domu wczasowym można spakować plecak, wsiąść do pociągu, a nocleg gdzieś się znajdzie.

Ale on także lubi podróże. Gdy nie mieliśmy dziecka, często jeździliśmy samochodem na weekendowe wycieczki po Mazowszu. To był fajny czas, przerwa w zabieganym życiu młodych, zapracowanych ludzi. Naiwnie myślałam, że po urodzeniu malucha nic się nie zmieni. Że wsadzimy go w fotelik i pojedziemy w nieznane.

Bejbeusz jednak skutecznie wybił nam to z głowy. Cały czas podporządkowany był drzemkom, karmieniom, humorom. Nawet krótki wyjazd urastał do rangi sporej imprezy organizowanej przez zawodowego plannera. Wymagał zabrania wózka (nie uśnie bez), słoiczków i pieluch (a nuż nie będzie), toreb ciuchów (trzeba przebrać pięć razy dziennie) etc. etc. Gdy już myślałam, że przy starszaku będzie łatwiej, u synka ujawniła się choroba lokomocyjna. Nic nie pomagało. Samochód poszedł w kąt. U babci na Podlasiu nie byliśmy od półtora roku.

Jesienią nad morze wybrałam się z koleżanką pociągiem. Mąż nie mógł, a ja potrzebowałam kogoś dorosłego i życzliwego, z kim można zamienić więcej niż parę słów. Kogoś, kto przypilnuje malucha, gdy ja pójdę pod prysznic, gdy będę potrzebowała 5 minut buforowej samotności albo siusiu w ciasnej, knajpianej toalecie. Kto pomoże mi przy wsiadaniu i wysiadaniu z pociągu z wielkim plecakiem, Dzidzieliuszem i wózkiem. No właśnie, z plecakiem. Mimo, że ograniczałam rzeczy do minimum, stosy rzeczy rosły. Musiałam wybrać miejsce, w którym znajdę możliwie dużo potrzebnych mi bambetli. Zaczęłam więc poszukiwanie miejsca, które:

– będzie wystarczająco blisko stacji kolejowej, żebym doszła tam na piechotę objuczona ciężkim plecakiem,

– będzie miało w dystansie do 30 minut piechotą dyskont, w którym będą pieluchy, które nie uczulą synka, słoiczki i jedzenie nie za miliony,

– będzie miało wanienkę, nocnik, podest, zabawki plażowe i inne takie gadżety,

– będzie na moją kieszeń.

Nie było łatwo. Na matczynych forach dziewczyny polecały różne ciekawe miejsca, ale zawsze któreś z moich kryteriów nie było spełnione – zazwyczaj dało się tam dojechać tylko samochodem lub było zbyt drogo. Albo nie było wanienki, a jakoś nie widziało mi się wiezienie jej pociągiem pod pachą. Składane wanienki były drogie. A prysznica syn bał się jak diabeł święconej wody. Finalnie udało mi się znaleźć coś w okolicy miejsca, do którego jeździliśmy wcześniej, ale łatwo nie było. Wyjazd był super, a miejsce polecam każdemu, kto szuka podobnie (poza tym czuję dług wobec właścicieli, od których pożyczyłam łyżeczkę do nakarmienia synka w drodze powrotnej i która po dziś dzień czeka na odesłanie).

Na następny wyjazd wybraliśmy z mężem trzygwiazdkowy hotel z basenem, salą zabaw z kulkami, wysokimi krzesełkami w jadalni i wielkim placem zabaw na podwórku. Nie był tani, ale znaleźliśmy go na jednej ze stron rezerwacyjnych w promocyjnej cenie. I bardzo, ale to bardzo doceniliśmy komfort (chyba się starzejemy ;)). Niestety dojazd samochodem nie obył się bez przygód, ale już nie tak dramatycznych.

Przyznam jednak, że gdy leżałam w jacuzzi (napisałabym, że popijając drinka z palemką dla podkreślenia błogostanu, ale to nie byłaby prawda) naszła mnie myśl, że dzieciństwo bez zjadania jagód prosto z krzaka, spania na sianie, mycia się w rzece i latania samopas bez ciągłego nadzoru rodziców, już nie jest takie samo. I mam nadzieję, że syn jednak odziedziczył po babci gen trapera.

 

Ula Bęczkowska – z wykształcenia pedagog twórczości. Z zawodu sprzedawca z krwi i kości. Wielbicielka ładnego wzornictwa dla dzieci. Niekonsekwentna blogerka pisząca do szuflady. Wkręcona w pierwszą pomoc żona ratownika medycznego. Matka Bejbeusza.

Dodaj komentarz