Dlaczego moje dziecko poszło do żłobka?

Żłobek to często jedyne rozwiązanie

Zacznę trochę od Adama i Ewy, czyli od samego początku. Gdy byłam w ciąży, zamknęła się firma, w której pracowałam, macierzyński miałam z ZUS. Ale później nie miałam już pracy, którą bardzo lubiłam, i do której mogłabym z radością wrócić. Sytuacja niezbyt komfortowa, ale zdarza się to wielu młodym mamom. Gdy synek skończył rok, postanowiliśmy, że pójdę jeszcze na pół roku na zasiłek dla bezrobotnych, przedłużając czas, który mogę spędzić w domu z dzieckiem i w międzyczasie szukać pracy. Znalazłam ją pod koniec zasiłku, synek miał wtedy półtora roku. Mój powrót do pracy był potrzebny, bo budżet domowy z jednej pensji spinał się bardzo „na styk”. A ja miałam poczucie, że powinnam wyjść do ludzi.

Czemu nie dziadkowie?

Jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że mamy dziadków, którzy mieszkają w tym samym bloku. Mąż i dziadkowie uważali żłobek za kiepskie miejsce dla malucha, dlatego pierwszą opcją było dla nas zostawienie dziecka z dziadkami, na co oni się zgodzili. Nie są już jednak najmłodsi i wiedzieliśmy wszyscy, że będzie to dla nich trudne. Cały dzień z maluchem nawet dla rodziców bywa bardzo męczący, a mówiliśmy tu o 9-10 godzinach, licząc z moim dojazdem i powrotem z pracy. Mimo całej miłości i serca, które nasz maluch otrzymuje od dziadków wiedzieliśmy, że nie będą mieli sił na bieganie przez cały dzień za małym rowerzystą, siedzenie w słońcu na placu zabaw, wspinanie za nim po drabinkach itd. Żłobek zapewniał aktywne wypełnienie mu czasu w stu procentach.

Dla dziadków siedzenie z dzieckiem do 18-tej oznaczałoby także „zablokowanie” im całego dnia, czasu na wizyty u lekarza czy rehabilitację itd., zwłaszcza w dni, kiedy synek zostawałby tylko z babcią, bo dziadek jeszcze pracuje zawodowo, więc co kilka dni wychodzi z domu do pracy.

Postanowione

Żłobka zaczęłam szukać na kilka dni przed rozpoczęciem pracy. Nie miałam czasu na długie rozważania „za i przeciw”. Syn poszedł do drugiego żłobka, który oglądaliśmy, a pierwszego, w którym było miejsce. Spodobało mi się tam od razu. Konkretna dyrektorka, ciepła atmosfera, jasne sale. Zasady, które mi odpowiadały. To jest właściwie przedszkole z grupą żłobkową, do której chodzą maluchy w wieku 1,5-2,5 roku. Decyzję podjęłam w 10 minut, w przeddzień rozpoczęcia nowej pracy. Kolejnego dnia po prostu przyprowadziłam malucha, oddałam w ręce pani i wyszłam, babcia odebrała go zaraz po obiedzie. Drugiego dnia już nie było już tak łatwo, bo synek zrozumiał, że zostaje na dłuższy czas i płakał. Ale panie bardzo naciskały, żeby się nie rozklejać, nie zostawać, nie przedłużać pożegnania w nieskończoność, więc w zasadzie rodzice „wrzucali” maluchy do sali i uciekali. Dzieci przestawały płakać, gdy tylko rodzic znikał z horyzontu. Synkowi było dość trudno także dlatego, że doszedł do grupy w czerwcu, kiedy wszystkie dzieci już dobrze się znały. Adaptacja trwała około miesiąca. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy się na przedłużenie pakietu do 16-tej, żeby synek miał czas na wspólną zabawę. Trochę obawialiśmy się o spanie, bo nie potrafił zasnąć w domu, usypialiśmy go w wózku na spacerze. Niepotrzebnie, w przedszkolu był tak zmęczony, że padał równo ze wszystkimi dziećmi.

Jak jest teraz?

Teraz potrafi tęsknić za przedszkolem w weekendy, albo gdy jest chory. Gdy przyprowadzam go rano, ledwie da mi buziaka i już pędzi do sali. Świetnie się rozwija – rozgadał się, rozśpiewał, usamodzielnił. W przedszkolu ma angielski, włoski, rytmikę, jazdę na kucykach. Często przebywa ze wszystkimi dziećmi naraz, więc ma wokół siebie i roczniaki i sześciolatki. Od każdego czegoś innego się uczy. Nie ma pewnie tyle miłości, co u dziadków, ale widzi ich codziennie, ponieważ to oni go odbierają, gdy ja jestem w pracy i opiekują się nim, gdy choruje.

Tak, mam dla niego znacznie mniej czasu, ale ten czas jest teraz wyjątkowy. Nie frustruję się po całym dniu, drobne łobuzowania nie działają mi na nerwy. Cieszę się z wyjścia na plac zabaw albo na spacer. Cieszę się na myśl o weekendzie. Staramy się spędzać go aktywnie na wycieczce lub działce. Gdy byliśmy w domu, często nawet nie miałam ochoty z niego wyjść.

Wieczorami rozmawiamy sobie o tym, co działo się przez cały dzień, to są często momenty na różne „filozoficzne” pytania o to, jak funkcjonuje świat. O, to, dlaczego rzeczy mają się tak, a nie inaczej. O znaczenie słów. Widzę, że on także chce wykorzystać czas z mamą, bo wie, że mama nie jest już zawsze pod ręką. Te chwile są tylko nasze, są wyjątkowe.

Czy gdybym miała decydować raz jeszcze, to wysłałabym go do żłobka? Tak, ani przez chwilę nie żałowałam tej decyzji.

 

Ula Bęczkowska – z wykształcenia pedagog twórczości. Z zawodu sprzedawca z krwi i kości. Wielbicielka ładnego wzornictwa dla dzieci. Niekonsekwentna blogerka pisząca do szuflady. Wkręcona w pierwszą pomoc żona ratownika medycznego. Matka Bejbeusza.

 

Dodaj komentarz