Aspiracje rodziców czy marzenia dziecka?

Będzie trochę niemiło, ale tak czasem musi być. Wielu moich znajomych coś robiło, bo rodzice. Teraz jesteśmy dorośli, ale to zostaje: moi rodzice chcieli, żebym coś, ale ja tak niekoniecznie. Projektowanie czegoś, muzyka, taniec i tak dalej. A to, co faktycznie kręciło moich znajomych, gdy byli młodzi, szło w odstawkę. Bo „ale masz przecież predyspozycje”. To mało chlubny fragment biografii każdego z rodziców. I niezbyt fajny etap życia moich znajomych. Czy tak musi być?

Jasne, nie musi. Wystarczy wziąć na wstrzymanie i tak dalej. Tylko znowu: łatwo się mówi. Chodzi mi o wtłaczanie w dziecko swoich marzeń i aspiracji.

Dziecko niespełnionego muzyka

Powiedzmy, że mam styczność z muzyką. Gram na basie, mam kapelę. Jestem samoukiem. Żadnej szkoły muzycznej nie skończyłem, za to spędziłem długie godziny z metronomem i książkami do nauki gry na instrumencie. To była moja własna decyzja. Nie przeszkadzało mi to w nauce ani studiowaniu, więc czemu nie. Mam frajdę i tak dalej.

I teraz tak sobie myślę. Kociełło lubi się dobrać do moich gitar. Wie, że ważą swoje i że generalnie warto się z nimi obchodzić w miarę ostrożnie, bo jak padnie na nogę, to będzie źle. Pół biedy, że obije się lakier – bardziej martwię się o syna. Do tego młody zaczyna nasiąkać muzyką, której słuchamy w domu. Lubi się do niej gibać, zaczyna mieć preferencje i je komunikować. Czasem ma dzień na Rage Against The Machine, czasem na coś innego.

No i moje serce względnie niespełnionego muzyka napełnia się radością. Bo czemu nie pomóc mu w rozwoju talentu i tak dalej. A potem się zastanawiam: czy nie zaszkodzę bardziej tym, że podsuwam mu konkretne rzeczy do zabawy? Czy to nie jest przypadkiem odbijanie mojego (jakiegoś tam, niekoniecznie poważnego) marzenia o edukacji muzycznej na dziecko? No. Jeszcze kilka lat temu bym powiedział, że pewnie tak. Teraz… no teraz widzę, że trzeba uważać.

Talent szołs dla dzieci

Ten temat mnie uderzył, kiedy jakiś czas temu wpadłem na jakiś talent szoł dla dzieci. Z dziećmi w roli głównej. Nie pamiętam jak się nazywał, bo wytrzymałem tylko trzy minuty. W telewizji wolę reklamy, więc kiedyś – trochę bezmyślnie – wylądowałem z pilotem i coś mi przerwało seans. Właśnie ten talent szoł.

Akurat jakiś chłopiec recytował fragment Mickiewicza. Niekoniecznie lubię naszego wieszcza narodowego. Nie tylko dlatego, że studiowałem polonistykę i przez rok musiałem czytać różne dzieła polskiego romantyzmu. No i ten chłopiec – na oko 7-8 lat (sprawdziłem: trzylatek; opadły mi ręce) – recytuje o polach malowanych zbożem rozmaitem. Szał na widowni, dziecko zakłopotane, jurorzy we łzach. Facet z brodą przed telewizorem zastanawia się, co właśnie widział i dlaczego go to zdruzgotało.

Tak, ten z brodą to ja. I byłem przerażony.

Już nawet nie tym, że wkucie początku Pana Tadeusza uważałem od podstawówki za zbrodnię na młodych umysłach. Raczej tym, ile to dziecko musiało się namęczyć. Albo jak bardzo to dziecko nie było sobą recytując kolejne frazy. Dalszej części programu nie oglądałem, ale potem mignęły mi dzieci grające, tańczące, śpiewające i tak dalej. Mające talent lub raczej… wtłoczone w talent. Generalnie by mnie to nie ruszyło jeszcze jakiś czas temu. Teraz – przeraża mnie to.

Z drugiej strony – nie wiem co było z drugiej strony. Może to dziecko kocha Mickiewicza? Nie wiem. Może samo chciało? Nie wiem. Jeśli tak, to żaden problem. Boję się raczej tego momentu, w którym coś było dlatego, że nie dziecko.

Panie, w hamerykje to nie takie rzeczy…

No i co z tego? Skoro Mickiewicz już był, to Rejem uderzę (w końcu jestem z wykształcenia panem od polskiego): Polacy nie gęsi i tak dalej. Wszelkie nastoletnie konkursy piękności i tak dalej mnie załamują. Zwłaszcza, że widać, że coś było po drodze z rodzicami dzieci. Przekładają na kilkuletnie maluchy swoje aspiracje o karierze. Jakiejkolwiek.

Ileś lat temu oglądałem Czarnego Łabędzia ze świetnym duetem aktorskim Mili Kunis i Natalie Portman. Ta druga dostała za tę rolę nawet kilka nagród. Ale najbardziej mnie uderzyło pokazanie w tym filmie patologicznego związku matki i córki. Matki, która tak zawłaszczyła swoje dziecko, że traktowała jej karierę jako spełnienie swoich oczekiwań. Marzeń o byciu primabaleriną. Do tego – niespełnionych.

I widzę coś takiego w tych wszystkich talent szołs dla dzieci. Nie wiem jednak jakie są kulisy tego wszystkiego. Co sprawia, że iluś letnie dziecko robi coś na scenie przez milionową publicznością przed telewizorami. Nie wiem. Trochę też nie chcę wiedzieć.

Panie kolego, towarzyszymy?

Do tego realnie się boję. Że Kociełło w pewnym momencie znajdzie jakąś pasję, która będzie go strasznie jarać. Cokolwiek. I że w pewnym momencie ta pasja będzie zachwycać nie tylko mnie, ale i innych. Że dojrzałość dziecka w realizacji swojej pasji stanie się tak duża, że nie będę wiedział jak mu w tym rozwoju pomóc.

Trochę trudno mi to napisać jasno, więc posłużę się przykładem. Nie wiem, co będzie, jeśli moje dziecko – totalnie niezachęcane przeze mnie do nauki gry na jakimś instrumencie – zacznie się uczyć samo i będzie chciało się rozwijać. Uczyć w tym kierunku. Spełnienie moich marzeń o karierze muzyka? Może i tak, chociaż nigdy ich nie miałem.

A na zewnątrz? „Ło panie, patrz, sam muzyk niespełniony, samouk niestrojący, a syna zmusza, żeby gamy wygrywał do metronomu”.  Bo znalezienie balansu między pomocą w realizacji pasji, a projektowaniem swoich niespełnionych oczekiwań na dziecko jest trudne. I im częściej widzę takie talent szołs, tym częściej czuję, że sam mogę być obiektem krytyki. Dlatego po prostu pozostaję zdruzgotany.

Może poobserwuj tego człowieka?

Tak sobie myślę, że trzeba ze wszystkim poczekać. Obecnie Kociełło ma fazę „bziiiii”, czyli „ojciec, łap wiertarkę, idziemy robić dziury”. Spoko. Pewnie jeśli jeszcze utrzyma się taka faza, to pomyślę nad wkrętarką, żeby mógł sobie porobić sam „bziiii, bziiii”. Byleby w określonych miejscach. Podobnie było z tablicą manipulacyjną – coś go kręci przez dłuższy czas, więc ląduje na tablicy. Efekt jest taki, że na hasło „odpalamy odkurzacz” Kociełło przyciąga odkurzacz, wpina do gniazdka i samodzielnie obsługuje. Bezpiecznie.

Efekty są mniej więcej takie, że czegoś się uczy, a przy okazji – realizuje swoją potrzebę rozwoju. Staramy się mu nic nie podsuwać, a po prostu obserwować. Jeśli jakiś temat wraca, to staramy się dać mu czas. Interesowały go hulajnogi i rowerki – mam trochę „podeptane” palce u stóp, bo dzisiaj chodziliśmy sobie na rowerku, który złożyliśmy wieczorem. Dla niego to frajda. Szansa na rozwój. Po prostu mam nadzieję, że tej szansy nie będę próbował przekuć na własne marzenia. Trzymaj kciuki, bo to będzie jazda bez trzymanki. Nie tylko na rowerze.

Bartek Raducha

Dodaj komentarz