Zaniedbana matka?

 

Jak wygląda zaniedbana matka? Według licznych artykułów w sieci można ją rozpoznać po kilku charakterystycznych cechach: ma odrosty, nie goli nóg (ten typ występuje szczególnie zimą), ma nieumalowane paznokcie, zmęczoną twarz bez makijażu, nadwagę i nieuprasowane ubrania… To chyba najczęściej wymieniane cechy.

Na tych forach i pod artykułami najczęściej komentują właśnie inne kobiety: czasem są bezlitosne. Piszą „zapuściła się”, „jak ona wygląda”, „Jak można dopuścić do takiego stanu?”. Potrafią być bezlitosne, choć robią to pewnie nieświadomie, przekonane, że po prostu trzeba wglądać w jakiś określony sposób, że to świadczy… no właśnie, o czym? O tym, że wszystko jest OK? Że nie jest zmęczona? Że nie bywa jej smutno? Że wszystko w porządku? Kiedy do tego wszystkiego dochodzi jeszcze coś w stylu „Współczuję jej facetowi, powinna się ogarnąć, bo przecież biedak zaraz poszuka sobie innej”, to włącza mi się agresja… No bo serio, czy nadwaga albo włosy z odrostami to jest powód do takich komunikatów. Jak tak można, to po prostu okrutne i w sumie to przykro mi, że istnieją ludzie myślący w ten sposób.

Takie trochę zaklinanie rzeczywistości, bo podobnie jak z wyglądem sprawa wygląda z mieszkaniem, obiadem, wyglądem dziecka… I ta lista może być bardzo długa. Wspólny mianownik jest jeden: chodzi tutaj raczej o oczekiwania i pozory, niż o prawdziwe zadbanie. O ocenę, jaką poddają nas inni, i my same siebie też, choć całkiem nieświadomie. O jakieś wymogi, które powinniśmy spełniać, bo tego oczekuje od nas społeczeństwo.

Co to znaczy być zadbanym?

Dla każdego to oznacza coś innego, chociaż chyba w naszej kulturze „zadbana kobieta” to właśnie kobieta wyglądająca w konkretny sposób. „Ogarnięta”. Z delikatnym makijażem, ułożonymi włosami, zrobionymi paznokciami. No po prostu zadbana.

No i super, jeśli dla kogoś to jest ważne i polepsza samopoczucie. Jestem jak najbardziej na tak. Jeśli komuś to właśnie poprawia humor, to świetnie. Nakładanie podkładu na twarz daje radość? Super! Ale może być tak, że nasze „zadbanie” jest całkiem gdzie indziej i co innego przynosi nam spokój i ukojenie. I często jest tak, że to „ogarnięcie” i „zadbanie” stają się ciężarem. Kolejnym obowiązkiem, który na siebie nakładamy.

Wygląd dużo mówi o nas, o tym, co lubimy, jaki mamy gust, ale nie tylko. Mówi tez dużo o tym, jak siebie traktujemy, czy dbamy o wypoczynek i o sen (hahaha! :)). Czy nawadniamy organizm, czy się regenerujemy i robimy rzeczy, które sprawiają nam przyjemność. Chodzi o takie podstawowe rzeczy, kiedy mamy małe dziecko i kiedy mieszkamy np. z dala od rodziny i brakuje nam pomocy z zewnątrz.

W sytuacji skrajnego wyczerpania i przemęczenia, te standardy wyglądu promowane przez kolorowe czasopisma i portale dla kobiet są dla mnie po prostu nieetyczne. Bo nie ma tu miejsca na zmęczenie, nie ma czasu na dochodzenie do siebie. Kiedy od pół roku nie śpimy, ostatnią rzeczą jest marzenie o regularnych treningach w fitness klubie.

To, co jest nazywane dbaniem o siebie, staje się tak naprawdę przymusem i kolejnym obowiązkiem dorzuconym do i tak już długiej listy rzeczy do zrobienia. Wskazuje na to choćby słownictwo (iście wojenne!) towarzyszące kwestiom wyglądu: „zwalcz cellulit”, „wygraj ze zbędnymi kilogramami”, „nie daj się zmarszczkom”. Mało tu miłości do swojego ciała, wyrozumiałości i podejścia, że robimy coś po to, żeby zadbać o zdrowie, by tak zwyczajnie być dla siebie dobrą. Nie ma też troski: w końcu ciało, które 9 miesięcy było obciążone, nie dojdzie do siebie w ciągu tygodnia. Fajnie robić coś dla siebie właśnie dlatego, że lubimy się i szanujemy, a nie dlatego, że tak bardzo tej zewnętrznej powłoki nie cierpimy…

Dziewczyny, bądźmy dla siebie dobre

Przecież moje mieszkanie ma się podobać mnie, a nie mojemu sąsiadowi. Tak samo słowo zadbanie dla każdego znaczy coś innego. I nie mówi się matce po porodzie, którą czasem przerosła sytuacja, żeby zastanowiła się, czego w tym momencie potrzebuje i co sprawi, że będzie jej lepiej. Że się zregeneruje i poczuje się zadbana. A zadbanie o siebie może mieć różne oblicza. Może oznaczać po prostu codziennie chwilę dla siebie z książką i herbatą. Czas w samotności. Spacer do ulubionego parku. Długą kąpiel. Medytację albo modlitwę. Jest tyle dróg, ile osób. I nie dajcie sobie wmówić, że istnieje jakiś określony sposób.

 

Asia Śmieszek

Dodaj komentarz