Myj się z dzieckiem

Seksualność to temat rzeka. Odpowiada za naprawdę dużo fajnych rzeczy w życiu i tu nie ma co się spierać. Mamy dzieci, wiadomo o co chodzi. Tylko że ta seksualność jest strasznie… ciężka. Mamy taką kulturę, jaką mamy, a mówienie otwarcie o seksualności to jednak spore wyzwanie. Bo zaraz, że zbyt wyzwoleni, że ekshibicjoniści i tak dalej. Pewnie przychodzi Ci na myśl kilka mniej przyjemnych określeń. Tylko że z taką seksualnością będzie się te stykać Twoje dziecko. Może już się styka. A to wszystko zaczyna się od ciała. Tak, od ciała.

Dziecko ma ciało. Ty masz ciało, ja mam ciało. Generalnie to standard wśród ludzi. Mamy ciała. Mamy swoje płcie. Ostatnio czytaliśmy z Kociełłą książeczkę o ciele. Są rączki, są nóżki i inne rozkoszne zdrobnienia. Jest też tajemnicza płeć. Czym ona jest? Nie wiedzą nawet najwięksi filozofowie, a na pewno nie taki prosty chłopak z Podlasia jak ja. I tak sobie zacząłem myśleć, o co chodzi.

Faceci mają penisy, kobiety wargi sromowe i pochwy. To nic nadzwyczajnego, no po prostu: mamy to. Tylko dlaczego dziecko nie może tego wiedzieć? Czasem się zastanawiam, dlaczego tak dużym kłopotem jest nazywanie rzeczy po imieniu. I tu pojawia się właśnie ta cała seksualność.

Od kiedy jest z nami Kociełło dosyć otwarcie mówimy, że to jest siusiak, to są piersi, to są sutki. Bo są. I to wydaje się nam bardzo OK, bo nasze dziecko wie, że coś takiego jest. Rozumie, że my mamy siusiaki, a jego mama, a moja żona, go nie ma. Bo go nie ma, po prostu. Ma coś innego. I to jest też jak najbardziej w porządku. Tylko dziecko musi to wiedzieć.

Panie kolego, mamy penisy

Tak, mam penisa. Mój syn też. To nic złego, to nic dobrego. To tak samo neutralne jak to, że mam brodę, a mój syn lubi się tulić. Więc skoro mamy już za sobą to odkrywcze stwierdzenie, to idźmy dalej.

Generalnie to regularnie myjemy się razem z Kociełłą. Mamy prysznic, bo wanna jest w naszej łazience zupełnie bez sensu (szalone dwa i pół metra kwadratowego). Podobno dzieci boją się prysznicy, bo pada woda z góry i ogółem: strach, groza i o borze liściasty, co się dzieje. Ale nie Kociełło. Okazał się stworzeniem wodnym – lubi się kąpać i ogółem mycie uważa za doskonałą zabawę. Więc się myjemy.

To oznacza patrzenie. Widzi, że w gruncie rzeczy wyglądamy podobnie. Mamy podobne części ciała, ręce i tak dalej. Skoro myjemy się razem, to oznacza też to, że on widzi, jak ja się myję. Naśladuje to. To czasem wygląda zabawnie, ale to dobry trening czystości. Umie sam się umyć. W praktyce ładujemy się we dwóch pod prysznic i każdy zajmuje się sobą. Tylko muszę zostawić ręcznik pod ręką Kociełły, żeby mógł spokojnie wytrzeć sobie oczy, gdy spłynie mu coś lub przetrze je dłonią z mydłem.

Mycie razem oswaja dziecko z ciałem. Widzi, że o ciało trzeba dbać. Że samo się nie myje, ale trzeba je umyć samodzielnie. I to całkowicie normalne. Od początku mówiliśmy, ze Kociełło ma siusiaka. Przez jakiś czas to było jego ulubione słowo, co też było OK. Rozumie, że trzeba go myć, więc myje się sam.

Nie warto wstydzić się ganiania nago po domu

W tym oswajaniu z ciałem pomagają rytuały. Jesteśmy obecnie na etapie, w którym nasz syn wie, że jak się ubrudzi przy jedzeniu lub wróci ze spaceru, to musi umyć ręce. Więc jest „myju-myju” i sprint do łazienki. Dostosowaliśmy jakoś łazienkę do jego potrzeb – ma podnóżek, na którym staje i może umyć ręce. Nie ukrywam, że po takiej sesji cieszę się, że na podłodze w łazience jest dobrze chłonący wodę dywanik. Ale co tam – mój syn sam myje ręce i buzię. To cena, którą warto zapłacić. Nawet kiedy do pralki idą trzy dywaniki dziennie.

Takie mycie się razem to nie tylko dobry trening czystości. Mój syn widzi, że nie wstydzę się swojego ciała. Rozumie, że nagość i ciało są dobre. Nie ma w tym nic złego. Nawet jeśli to zabrzmi górnolotnie, to widzę w nim taką naturalną wolność w stosunku do własnego ciała. Nie ma „zakazanych rejonów”, nie ma wstydu. Jest czystość i naturalność. On ma siusiaka, ja mam siusiaka, jego mama nie ma siusiaka. To jest bardzo OK. Rumienisz się? Widzisz, mój syn nie. Dla niego to tak samo naturalne jak to, że mam brodę i to, że z moich sutków nie leci mleko. Po prostu tak jest.

Dogadaj się ze swoim ciałem

Ostatnio Asia złapała kontakt z ludźmi z Instytutem Pozytywnej Seksualności i pojawiło się na Tatento kilka tekstów od nich. Bardzo się z tego cieszę, bo ta organizacja robi dobrą robotę. Uczą, że bycie w zgodzie ze swoim ciałem jest jak najbardziej dobre. Nie ukrywam, że bardzo nam zależy na tym, żeby Kociełło tak rozumiał swoje ciało. Że jest i że go potrzebuje. Oraz że powinien odnosić się do niego z szacunkiem i taki sam szacunek okazywać innym. Wiesz, czym skorupka za młodu i tak dalej.

Dlatego uczenie dziecka o jego seksualności trzeba zacząć od początku. Kiedy jeszcze nie ma „wstydź się”. Oczywiście – trzeba też uczyć go, że są pewne ramy, taka umowa społeczna, że jednak nie lata się gołym po głównej ulicy miasta (no dobra, nie każdy jeszcze to rozumie). Czyli latanie po domu bez ubrania w trakcie pościgu z pieluchą jest w porządku (chociaż po pięciu minutach zaczyna wkurzać), ale na spacer to się ubieramy, bo i trochę będzie zimno i generalnie tak wypada bardziej. Proste komunikaty, a nie są szkodliwe, nie oceniają. Tego chcemy nauczyć naszego syna. Mam nadzieję, że nam się uda.

 

Zobacz inne teksty o seksualności dzieci:

Seksualność w śpioszkach

Dorastająca seksualność

Kiedy dziecko nie pyta o seks…

Dodaj komentarz