Ona ma granice, on ma granice. Ono je przekracza?

 

Granice są ważne – dzięki nim wiadomo komu płaci się podatki, gdzie lepiej się nie kręcić i zazwyczaj (jakoś) ułatwiają życie. Ale wiesz, to takie granice terytorialne: krajów, gmin, województw. Pewnie wiesz, że my też – jako ludzie – mamy granice. Kiedy jedziesz jak sardynka w autobusie, to Twoje granice pewnie są naruszane wielokrotnie. Nikt tego nie lubi. Na pewno nie ja. Te granice, nasze osobiste, najczęściej zauważamy, gdy ktoś je przekracza. O ile w zatłoczonym autobusie mamy do wyboru wysiąść i poczekać na następny lub zgryźć zęby, o tyle w przypadku dziecka nie ma tak łatwo.

 

Kiedy wspominałem o przekraczaniu przez dziecko granic, nie spodziewałem się, że to tak ważny i poważny temat. Znowu będę pisał, że „a bo przed Kociełłą to nie spodziewałem się”. Bo się nie spodziewałem naprawdę wielu rzeczy! W sumie… to wszystkiego się nie spodziewałem. Więc skoro była mowa o granicach, to teraz warto o tym coś napisać. Te granice są bardzo, bardzo ważne i trzeba sobie o nich przypominać.

 

A gdzie mi z tymi buciorami!

No właśnie, gdzie? Granice, jakie ma każdy z nas, to ważna sprawa. Wszystko, co wychodzi poza naszą „strefę komfortu” jest przekraczaniem jakichś granic. Zwłaszcza jeśli sprawia, że czujemy się z czymś źle lub mamy poczucie, że jest czegoś za dużo. Pół biedy, kiedy tym przekraczaniem jest mówienie sobie, że nie, dzisiaj tylko jeden kebab lub coś w tym stylu. Z dzieckiem te granice są inne. A dokładniej: ich przekraczanie. Tu nie ma zmiłuj ani „czuję się niekomfortowo”. Przynajmniej do czasu.

Też każdy ma inne granice. Mnie wkurza hałas, zwłaszcza pewne częstotliwości. Nie wiem, czy to efekt grania prób bez stoperów przez ileś lat, czy to, że po prostu wkurzają mnie jakieś dźwięki. Więc gdy jest za głośno, to szybciej się wkurzam. I jeśli teraz myślisz, że nikt mnie o autobiografię nie prosił, to zobacz dlaczego się uzewnętrzniam.

Takie uczucie szybszego wkurzenia oznacza, że stało się coś, co przekroczyło granice. Mogę założyć stopery lub odciąć się od białego szumu zakładając słuchawki. Tylko z dzieckiem nie ma tak łatwo. Oczywiście – stopery mogą pomóc, ale nigdy ich nie założyłem, chociaż nie wiem jak bardzo Kociełło płakał. W sumie trochę z szacunku do niego (bo chociaż głośno, to jednak wyrażał, że coś jest nie tak) i trochę dlatego, że brakowało mi głowy.

 

No ludzie, szacunku trochę dla wieku!

Z dzieckiem nie ma tak, że powiesz mu i ono zawsze posłucha. Przynajmniej na początku. Tak rozwija się jego mózg. Wszystkim zwolennikom mówienia sześciomiesięcznym dzieciom, że „drogi potomku/potomko, apeluję, cisza nocna jest, obowiązuje nas wszystkich bo mir domowy” przypominam, że nie. Będzie płacz, będzie noszenie, będzie tulenie. Nie będzie snu, nawyków ani czasu. To właśnie narusza granice, niszczy komfort, zmusza do rezygnowania z potrzeb. Jako facet nie do końca łapię to, co poświęciła dla naszego syna moja żona, ale domyślam się, że lekko ani mało tego nie było do poświęcenia.

I tu pojawia się kłopot, bo z czasem dziecko zaczyna rozumieć więcej. Zaczyna umieć i czuć więcej. I wtedy pojawiają się inne kłopoty z naszymi granicami. Bo odkrywa je też dziecko. Wcześniej mogło się prężyć i płakać. Teraz zaczyna biegać po domu i polowanie na nie z pieluszką przypomina raczej pościg za antylopą. Tak, dziecko ma też swoje granice. A jak je już odkryje, to będzie szło do przodu jak mały – czasem krzyczący – czołg. Nie będzie chciało ich przesunąć w tył ani odrobinę. Tu zaczynają się schody dla każdego rodzica.

 

Nie chcem, ale muszem

Nie podoba mi się wiele rzeczy, które robi nasz syn. Po prostu nie i tyle. Ostatnio ołówek wylądował w moim nosie, bo Kociełło pomagał mi robić szafkę i wczuł się trochę za bardzo. Wkurzyłem się, krzyknąłem (bo ołówek w nosie nie jest żadną formą osobliwej przyjemności – przynajmniej nie dla mnie). Wiem, że nie zrobił tego specjalnie. Po prostu mu się machnęło, a że mój nos był po drodze, to dostałem. Uspokoiłem się i wytłumaczyłem mu, że mnie bolało i że wymachiwanie ołówkiem może być niebezpieczne. Co ciekawe, potem był dużo ostrożniejszy.

Ale do czego zmierzam: dziecko przekracza granice. Po prostu eksploruje świat i to na pełnych obrotach. I przekracza granice. Nie rozumie, że któreś z nas chce pobyć samo. Że jednak wkładanie palców pod wkrętarkę to bardzo zły pomysł, ale za to podawanie wkrętów – nie jest takie złe. Że kiedy rodzic mówi nie, to znaczy nie, a nie „tak”. Bo w granicach chodzi o to, że kiedy ktoś mówi nie, to jednak to znaczy nie, a nie „może”.

Tu też chodzi o emocje. Kiedy Kociełło przekracza moje granice – wkurzam się. Czasem mam dni, kiedy wolę być bardziej sam, bo jestem albo zmęczony, albo mam gorszy nastrój. Dziecko tego nie rozumie. Dla niego każdy dzień to coś nowego, więc nie ma co zwlekać, trzeba zasuwać do przodu. Czasem na zasadzie „przepchnę się między twoimi nogami, bo tam jest coś, co muszę koniecznie zbadać, przesuń się”. Co z tego, że akurat mam w rękach gorący garnek lub coś innego.

 

Siłą wojownika jest ten, kurde, spokój

Przy przekraczaniu granic kiedyś przydawał się paszport i nieco zimnych nerwów. Kiedy granicznicy z Bośni przetrzepali nasz samochód, bo długość bród dwóch facetów była podejrzana, to trzeba było po prostu się uśmiechnąć i odpowiadać płynnie na pytania. A potem życzyć dobrego dnia tuż po tym, jak odpowiedzieliśmy grzecznie, że nie, nie ma kłopotu. Chociaż to był dla nas kłopot, bo Dubrownik musiał poczekać pół godziny dłużej.

Granicznikowi powiesz „spoko, nie ma sprawy, taka praca”. Dziecku nie powiesz. Tu trzeba odrobiny opanowania i brania na wstrzymanie. Coś robię, chcę to skończyć. Czasem nie ma tak, że Kociełło przyjmie odmowę. Musi być już, teraz, bo jak nie to będzie hałas jak na dobrym koncercie metalowym (ma głos ten nasz Dzieć, to trzeba przyznać). Ale nie da się teraz.

Więc spokojnie robię coś mniej więcej (albo się staram), żeby nic się nie rozpadło ani nie spadło (na przykład siaty z zakupami), schodzę do parteru i tłumaczę zawodnikowi (na tyle spokojnie, ile jestem w stanie): nie zawsze dam radę coś zrobić teraz. Nie zawsze mogę odpowiedzieć na jego potrzeby teraz. Muszę skończyć coś robić i bardzo bym chciał, żebyś to uszanował. Tak szczerze. Bez krzyku. Im spokojniej (na tyle, na ile się da), tym lepiej.

Jeśli myślisz „o borze tucholski, jaki to empatyczny człowiek z tego brodatego”, to nie, nie przesadzaj. Też się wkurzam. Też czasem nie umiem utrzymać nerwów na wodzy. Nie krzyczę, ale słychać w moim głosie i widać po mnie, że jestem wkurzony. Ale ważniejsza jest żeby wiedzieć, co się dzieje. Kiedy dziecko sprawia, że się wkurzam lub czuję, że robi coś, co sprawia, że czuję się niekomfortowo, to najważniejsze jest żeby zachować spokój. Czasem pięć sekund potrafi zmienić dużo. Wyłączają się emocje, da się zastanowić nad tym co powiedzieć i co się właściwie stało z naszej strony. Powtórzę jeszcze raz: dzieci uczą się od nas. A to zarazem super i strasznie trudne.

Naucz swoje dziecko mówić nie

I najważniejsze – to też superważne: nauczenie dziecka, że są granice. Że coś, co się dzieje może sprawiać u innych dyskomfort. Że ono ma prawo do poczucia dyskomfortu. Są granice granic (bo zaraz zlecą się krytycy wychowania bezstresowego). Ale pamiętaj: to dotyczy też Ciebie. Dopóki nie szkodzisz swoim egzekwowaniem granic innym – jest OK. Naruszasz tym granice innych? Zastanów się nad sobą.

Znalezienie takiego idealnego środka jest trudne, a ktoś, kto wynalazł idealną formułę na wychowanie powinien dostać Nobla. Pokojowego. Ale takiego czegoś dalej nie ma, więc trzeba szukać rozwiązania dla siebie.

Dlaczego to pokazywanie granic jest tak ważne? Tu znowu wychodzi relacja rodziców. Jedno ma gorszy dzień lub po kilku godzinach z ząbkującym maluchem ma po prostu dosyć i najchętniej by się zamknęło w szafie? Drugie przejmuje wartę. Jedno nie lubi czegoś? Drugie to powinno szanować. Komunikat „nie, nie mam ochoty iść dzisiaj po zakupy bo miecie złem za oknem”? Drugie zasuwa po wiktuały.

Podobnie jest z dzieckiem. Kociełło rozumie bardzo dużo (więcej, niż ogarniam), ale na pewno rozumie, że jeśli tłumaczę mu, że z czymś, co on robi źle się czuję, to on zaczyna rozumieć. Kiedy mówię mu, że jego konkretne zachowanie sprawia, że czuję się źle, to on to wyłapuje. Kiedy muszę zrobić coś, co mu się ewidentnie nie podoba (bo trzeba zrobić desant do lekarza lub musimy wyjść i coś załatwić), to jednak trzeba być zdecydowanym i wcisnąć go w ciuchy.

Ostatnio zauważyłem, że przy okazji wieczornej głupawki, która zaatakowała o godzinę wcześniej, po prostu nie dało się go ubrać, chociaż musieliśmy coś załatwić poza domem. Więc po kilku nieudanych próbach przekonania go, że jednak latanie w spodniach, butach i czapce, bez bodziaka, po mrozie nie jest dobrym pomysłem, w końcu zaczęła mi rosnąć gula. Więc wtedy minuta na wylatanie młodego i na spokojnie: „muszę koniecznie załatwić to dzisiaj i bardzo bym chciał, żebyś poszedł ze mną; wiem, że chcesz latać i nie chcesz wychodzić z domu; źle znoszę to, że nie dajesz się ubrać; pójdziemy z nosidłem i jak ci się znudzi to zaśniesz”. I wtedy Kociełło skinął głową, zarzucił swoje „t(a)k” (z ledwo słyszalnym a) i wyszliśmy w ciągu dwóch minut z domu.

Tak, byłem w opór wkurzony. Nie, nie było łatwo. Tylko za każdym razem, kiedy już jest po wszystkim staram się sobie uświadomić, o co chodziło i czemu się wkurzyłem. To trudna nauka, bo wymaga pewnej łączności ze sobą, która wymaga pracy. Nawet jeśli brzmi to górnolotnie, to taki self-reg, ale dla dorosłych.

 

Żeby dziecko zrozumiało nie

Piszę sobie ten tekst tak radośnie, północ blisko, a mi przychodzą do głowy różne rzeczy. I tak dochodzę do wniosku, że nauczenie dziecka, że są granice jest turboważne. Nie tylko dlatego, że mniej się będę wkurzał. Dlatego, że nauczy się, że „nie” oznacza, że ktoś czuje się źle z tym, co robi lub mówi.

To (powtórzę) turboważne. W świecie, w którym podchmieleni panowie lubią sobie zażartować, że „no jak kobieta mówi nie, to tak, he, he, he”, taki mały – a z wiekiem duży (bo raczej mały po mnie nie będzie) Kociełło na takie komentarze będzie reagował albo oburzeniem, albo salwą śmiechu. Bo będzie wiedział, że takie gadki to oznaka braku szacunku i pierwszy krok do molestowania (seksualnego). Że to relikt rozpasanego patriarchatu i czegoś, czego nie powinno być.

Z drugiej strony – świadomość, że jego zdanie i jego „nie” jest ważne da mu pewność, taką wewnętrzną pewność siebie, że może odmówić, jeśli coś będzie naruszało jego granice. Niestety, ale tego nie da się nauczyć z podręczników. Trzeba się z tym przegryźć samodzielnie. Lub nauczyć. I to jest rola każdego rodzica: nauczyć swoje dziecko mówić nie i szanować to mówienie nie. Da się to zrobić tylko w jeden sposób: pokazując, że to „nie” się liczy. A jeśli są inne – realne – priorytety w tym momencie, to wytłumaczyć dziecku. Inaczej się nie da. Po prostu.

 

Bartek Raducha

Dodaj komentarz