Wyjazd z dzieckiem – to coś zupełnie innego

podróżowanie z dzieckiem

Dzień, w którym pojawia się z nami nasze pierwsze dziecko zmienia wszystko. Świat dzieli się na to co było przed i na to, co jest (i będzie) po. Zmienia się codzienność, nawyki, spędzanie czasu. Oraz wakacje. To, że plaża jest blisko przestaje być ważne. Za to toi-toi zamiast łazienki na stacji benzynowej (bo remont…) może pokrzyżować plany i napsuć krwi. Ale czy tylko to się zmienia? O nie, tych zmian jest o wiele więcej.

Pierwszy raz przekonaliśmy się o tym podczas pierwszej dłuższej podróży z Kociełłą. Wcześniej wyjazdy wyglądały u nas mniej więcej tak: pakowanie i planowanie zajmowało nam 5 minut (ubrania na kilka dni, ładowarki, zapasowe buty, laptop, czytniki e-booków), chwila na stacji benzynowej i jedziemy. Czasem na zupełnym spontanie zabieraliśmy znajomych. To nie był dla nas żaden kłopot. I wtedy pojawił się Kociełło.

Zanim zapakowaliśmy się we trójkę do samochodu ogarnialiśmy się i ogarnąć nie mogliśmy. Dobra, mieliśmy zabrać wanienkę, więc do środka poszły ubranka i masa innych drobnych rzeczy. Potem – warto wziąć wózek (czyli kolejny duży obiekt). Kocyki, pieluszki, ubranka… Dzisiaj nawet niekoniecznie pamiętam, co ładowaliśmy do bagażnika, ale było tego dużo. Pewnie pamiętasz, że zawsze było tego bardzo dużo. Na koniec nasz syn w foteliku-skorupce.

Zanim się zorientowałem – mieliśmy pełen bagażnik, a na fotelu pasażera z przodu podróżował z nami stelaż wózka. I to był szok w trampkach. Pół biedy, że jechaliśmy tylko cztery godziny. Byłoby gorzej, gdyby to był dalszy wyjazd.

Ale się udało, jedziemy. Trochę za połową trasy Kociełło się obudził. Wiedzieliśmy, że niedaleko jest knajpa, w której jest łazienka z przewijakiem. Postój wypadł tam. Młody podjadł i trzeba było go przewinąć. Przydałby się przewijak. Bardzo. Obsługa, która nie robiła kłopotów, w łazience było czysto, a kosz na pieluchy stał obok i dało się go otworzyć nogą. Nigdy bym nie zwrócił na to uwagi. Ale musiałem skorzystać z takich dobrodziejstw. I fajnie, że tam były.

Potem zaczęło się wypakowywanie na miejscu i znowu zaczęły się schody. Szybkie decyzje z cyklu „co w pierwszej kolejności”, czyli co ma nieść Asia (mi przypadł Kociełło w foteliku i plecak z naszymi rzeczami). Niby torba podręczna wystarczy, ale było późno, więc schodzenie po resztę rzeczy było trudnym tematem. Coś tam wygrzebaliśmy i zabraliśmy. Resztę zabraliśmy następnego dnia, ale… no właśnie. Tu też trochę daliśmy ciała.

Nie oszukujmy się: pierwsze podróże z naszym synem to była dosyć nerwowa zabawa. Niby wiedzieliśmy, co trzeba zabrać, ale szybko okazywało się, że pojemny samochód przestaje być tak pakowny, gdy musi pomieścić nieustawny stelaż wózka i jeszcze mniej przyjazną w pakowaniu wanienkę. Serio – przestało mnie dziwić to, że ludzie przed narodzinami dziecka kupują kombi. Chociaż ten sam bagażnik pomieścił rzeczy czterech osób na tydzień w Chorwacji, to nie podołał trzyosobowej rodzinie z dzieckiem na trzy dni. Taka ironia losu.

Po tym pierwszym wyjeździe zrobiliśmy się mądrzejsi, ale zaczęły się pojawiać przy innych „wypadowych” okazjach inne rzeczy. Na przykład foteliki do karmienia.

Tak jakoś się złożyło, że pewnym standardem stały się foteliki z pewnej znanej sieci sklepów z meblami. Z takiego krzesełka korzysta Kociełło i sobie (chyba) chwali. Niestety – nasz syn jest BLW, więc lubi sobie pomaziać jedzeniem po blacie przymocowanym do tego, na czym siedzi. A to nie takie oczywiste w wielu miejscach. Zwłaszcza to, że dziecko może nie siedzieć w wózku lub na kolanach. I może jeść samo.

Raz wpadliśmy do restauracji na małą rodzinną imprezę. Nie braliśmy krzesełka, bo zakładaliśmy, że skoro w tym lokalu organizują wesela, to nie będzie kłopotu z posadzeniem Kociełły na czymś odpowiednim. Cóż. Myliliśmy się. Szybki dialog z obsługą i nasz syn przesiedział cały obiad na kolanach. Nie było to zbyt fajne. Do tego pieluchę zmienialiśmy na tylnym siedzeniu samochodu. Też: niezbyt. Ale taki urok niektórych knajp.

Kilka miesięcy potem trafiliśmy na wesele przyjaciół. Chociaż mówili, że jakieś foteliki będą, to zabraliśmy nasz. I dobrze zrobiliśmy, bo były krzesełka do karmienia, ale nie do jedzenia ;). Innymi słowy – nie miały blacików. Więc gdy się zorientowaliśmy w sytuacji szybko wróciłem do samochodu po nasze krzesełko. Za to dostałem od obsługi burę, że mam nie sprzątać tego, co Kocielle spadło na podłogę, bo ktoś zaraz przyjdzie i to ogarnie. Zero kłopotu, zero wyrzutów. Zero robienia pod górkę.

Największym zaskoczeniem było to, że obsługa domu weselnego poleciła nam najcichszy pokój i nie przeszkadzało jej to, że zdjęliśmy materace z łóżek i spaliśmy na nich na podłodze. Do tego było sporo cichych miejsc w otoczeniu lokalu, wiec mieliśmy gdzie przycupnąć, a Kociełło – pobuszować.

Jest jeszcze masa innych doświadczeń za nami i przed nami, ale widzimy, że samodzielnie jedzące dziecko, które uśmiecha się swoimi czterema mleczakami rozbraja prawie każdego. I prawie każdy chce raczej pomóc niż narzekać, że podłoga brudna, a obrus zmienił gdzieniegdzie kolor. Sporo przed nami (na przykład: wspólne wakacje w listopadzie), ale… wiemy na co zwracać uwagę. A to już coś. Warto podzielić się tymi doświadczeniami. Spróbujesz zrobić to z nami?

Bartek Raducha / Redakcja Tatento.pl

 

Dodaj komentarz